| –
W poniedziałek musiałam jechać z dzieckiem do przychodni przy ul.
Jaskółczej – mówi Joanna Rosińska z Gdańska. – Już przy Urzędzie
Wojewódzkim roiło się od elek, a na Dolnym Mieście było ich prawdziwe
zatrzęsienie. Większość instruktorów nie zdawała się przejmować, że jest
tu normalny ruch samochodowy. Na dodatek przy samej przychodni... jeden
z nich ćwiczył parkowanie. To już chyba przesada... Instruktorzy
z gdańskich szkół jazdy chętnie szkolą w tej części Gdańska kursantów,
bo z kolei egzaminatorzy z Pomorskiego Ośrodka Ruchu Drogowego lubią
przeprowadzać tam egzaminy. W przeszłości, gdy PORD mieścił się przy ul.
Stwosza, "elki" jeździły w tej okolicy, a na przykład pracownicy i
studenci Uniwersytetu Gdańskiego skarżyli się, że manewry ćwiczone są
też na parkingu uczelni. Teraz ośrodek mieści się przy ul. Równej. Jedno
się jednak nie zmieniło: zdanie egzaminu na prawo jazdy nadal jest
ogromną sztuką. –
Gdzieś kierowców szkolić musimy, przecież nie pojadę na kaszubskie
pola, bo egzaminowani muszą jeździć po Gdańsku. Kierowcy mają różny
stosunek do "elek". Zauważyłem pewną prawidłowość: im młodsi, tym
bardziej chcą udowodnić swoją wyższość i pokazać, jak świetnymi są
kierowcami. "Elki" nie są zagrożeniem. Zagrożeniem są ci, którzy nie
umieją zrozumieć, że na tak oznakowane auta trzeba uważać, a czasami
wykazać się cierpliwością i po prostu kulturą – mówi Tomasz
Wojciechowski ze szkoły jazdy na gdańskiej Morenie. Jednak
wielu kierowców uważa, że instruktorzy grzeszą często zbytnią pewnością
siebie, co prowadzi do niebezpiecznych sytuacji, a nawet kolizji
drogowych. Tak dla przykładu było w poniedziałek w Człuchowie, gdzie
instruktorzy z dwóch chojnickich szkół jazdy doprowadzili do kolizji
drogowej z udziałem czterech pojazdów. Obaj ukarani zostali mandatami w
wysokości 220 złotych. Instruktorzy, według policji, nie dostosowali
prędkości do warunków drogowych i w rezultacie najechali na dwa
poprzedzające ich pojazdy. Takie zdarzenia nie są na Pomorzu rzadkie. –
Ryzyko zawodowe - mówi Wojciechowski. – To z reguły skutek błędu
instruktora. Też jesteśmy ludźmi, a gdy ktoś jeździ z kursantami po
kilka godzin dziennie, ma prawo do zmęczenia i czasami błędnej oceny
sytuacji. To jednak nie oznacza, że "elki" w Trójmieście czy na Pomorzu
są podstawowym utrapieniem innych kierowców – zastrzega Wojciechowski. Na
uciążliwości związane z "elkami" narzeka się – zresztą – nie tylko u
nas. We Wrocławiu zbuntowali się ostatnio mieszkańcy jednego z osiedli,
bo każdego dnia na wąskich ulicach pojawiało się tu nawet 250 "elek"!
Skutecznie tamowały ruch. Oczywiście, instruktorzy upodobali sobie tę
część Wrocławia, bo pracownicy ośrodka ruchu drogowego właśnie tu
przeprowadzali egzaminy. Awantura otarła się nawet o Urząd Wojewódzki, a
w rezultacie egzaminatorzy zaczęli przeprowadzać egzaminy także w
innych częściach miasta.
|